Witam.
Dziś udostępniam ostatnią część opowiadania. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Dołączam do niej piosenkę, która wpadła mi w ucho. Mam wrażenie, że idealnie pasuje do charakteru opowiadania.
Bywają klęski, z których wychodzi
się silniejszym, jeśli pod ich ciężarem
nie spada się w przepaść.
Jan Federowicz
Uspokajam oddech. Podmuchuję jeden kosmyk włosów, który cały czas spada
mi na oczy. Równomiernie, powoli wracam do siebie. Nie czuję już bólu od
mocnego uderzenia w głowę. Jedna chwila trwała wieczność. Lada moment to się
skończy. Wiara czyni cuda. Ale czy one istnieją? Ciągły lęk i wątpliwości. Do
tej pory wszystko było w porządku. Od dziś. Od teraz. Nigdy nie będzie tak
samo. Gdzieś daleko jest całe sedno prawdy. Ciągłe trwanie w kłamstwie niszczy. Do czego to wszystko
doszło… Nie potrafię zrozumieć. Jeden krok w przód. On go nie zrobił. Myślałam,
że jest silny. Jednak pozory mylą. Okładka nie mówi o zawartości.
***
Poczułam na swoim karku czyjąś dłoń. Ten dotyk wydawał mi się taki znajomy… Miałam wrażenie, że kiedyś ją czułam. Chłód jaki przeszedł po moim ciele dotarł do serca. Zabolało. Coś się we mnie ruszyło. Znów urywa mi się film. Moja świadomość przestaje funkcjonować. Moja wyobraźnia zaczyna działać na pełnych obrotach. Wszystko przestaje się dla mnie liczyć. Chcę zostać w tym stanie jak najdłużej. Podoba mi się. Jest cudownie.
Otrząsnęłam się z transu. Obok mnie stała szklanka wody i na jednorazowym talerzu leżały dwie kanapki. Zaburczało mi w brzuchu. Dopiero teraz zrozumiałam jak bardzo jestem głodna. Sznur na moich nadgarstkach był mocno zawiązany ale dało się nimi jakoś poruszać. Bez namysłu wzięłam się za jedzenie. Nagle coś przyszło mi do głowy. Zależy im na mnie. Ale dlaczego? Dla okupu? Pochodziłam z przeciętnej rodziny. Szczerze wątpię, aby powodem były pieniądze. To musi być coś o wiele bardziej poważniejsze. Rozejrzałam się po ciasnym pomieszczeniu. Wokół poza śmieciami i kawałkami stłuczonego szkła były tylko drewniane drzwi. Nagle gdzieś za nimi usłyszałam krzyki. Było coraz to głośniejsze. Wśród nich rozpoznałam dwa głosy. Zaczęłam ciężko oddychać. Zaschło mi w gardle. Pierwszy głos należał do jednego z porywaczy. Natomiast drugi należał do… Rafała. Natężyłam zmysł słuchu, by móc rozpoznać treść ich głośnej wymiany zdań. Pierwszego usłyszałam Rafała:
- Co ty zrobiłeś?!
- Podałem jej kokę. Przynajmniej się nie wierci. Nic jej nie będzie.
- Mądry ty jesteś?! Mówiłem, żebyś trzymał ją z dala od tego syfu!
- Mam gdzieś twoje zaloty. Nie może o niczym wiedzieć. Wsypie nas. Chcesz siedzieć w pudle?!
- Zamknij się! Bazyl nas zdradzi. Zobaczysz!
- Ma za dużo na sumieniu. Szybciej z mostu skoczy.
Rozmowa się urwała. Na moim czole pojawiły się krople potu. Zdenerwowanie pochłaniało całą mnie. Od samego początku był w to zamieszany Rafał. Ukłucie. Ból. Rozczarowanie. To on sprowadził mnie w sam środek lasu, odludzia. To on upozorował swoje zniknięcie. Dobrze wiedział, że go nie zostawię. Jednak wciąż coś mnie męczy. Jaki miał powód? Narkotyki? To on mnie dotknął. Mój najlepszy przyjaciel okazał się być największym palantem na świecie. Zdradził naszą dziesięcioletnią przyjaźń. Ważniejszy okazał się być ten cały syf i hajs. Wtedy do pomieszczenia wszedł, poznając go po perfumach, Rafał. Zamknął za sobą drzwi. Na pewno myślał, że jestem jeszcze nieprzytomna. Zamknęłam oczy. Chciałam, żeby tkwił jeszcze w tym błędzie. Usiadł obok mnie. Ku mojemu zaskoczeniu, zaczął szlochać. Mocno mnie objął i bardzo cichym szeptem powiedział mi do ucha:
- Kama. Co ja zrobiłem… Czuję się jak idiota. Wciągnąłem cię w sedno mojego dna.
Nagle coś wybuchło. Huk. Rafał zerwał się na równe nogi. Był przerażony. Jednak to ten sam chłopak którego znałam. Jego niebieskie oczy mówiły wszystko. Stało się coś złego. Podsunął się do mnie. Szybkimi i zwinnymi ruchami uwolnił mnie od sznurów. Wtedy dostrzegł, że jestem przytomna. Stanowczym tonem powiedział.
- Musisz uciekać. Teraz!
- A co z tobą? Bez ciebie nigdzie się nie ruszam!
- Ja sobie poradzę. Uciekaj. Wybuchł gaz !
- Obiecaj mi, że wrócisz.
- Nie mogę. Przepraszam.
Nie dał mi już nic powiedzieć. Wypchał mnie z budynku i wskazał drogę, którą mam uciekać, aby znaleźć pomoc. Biegłam w ogóle nie myśląc o zmęczeniu. Dotarłam do niewielkiej wioski. Wbiegłam do pierwszego domu, błagając o wezwanie pomocy. Potem wszystko działo się tak szybko. Moi dwaj porywacze zginęli w płomieniach. Natomiast Bazyl, który nie wiem jakim trafem tam się znalazł, był w bardzo ciężkim stanie. Nigdzie nie widziałam Rafała. Nie było go tu. Na pewno był wewnątrz. Mimo zakazu strażaków, wbiegłam do środka w poszukiwaniu mojego przyjaciela. Wtedy nie myślałam już o zdradzie… Liczyło się tylko to, żeby przeżył. Nie mógł umrzeć. Był tak młody. Miał całe życie przed sobą. Doszłam do pomieszczenia, gdzie mnie przetrzymywali. Paliło się tam do połowy. W samym kącie po drugiej stronie, w gęstym dymie leżał półprzytomny Rafał. Podbiegłam do niego krzycząc o pomoc. Nie mogłam go zostawić. Bardzo cicho powiedział:
- Kama. Przepraszam. To wszystko moja wina.
- Cicho. Próbuj oddychać. Musisz żyć.
- To koniec. Wybacz mi. Błagam.
- Wybaczam. Nie odejdziesz. Zostaniesz ze mną. Tylko nie zamykaj oczu!
Reanimacja trwała godzinę. Niestety się nie powiodła. Rafał odszedł… Moje życie się zatrzymało. Wolałabym odejść razem z nim. Rafał pod ciężarem swojej klęski upadł. Rozumiem go. Nie miał siły. Teraz, codziennie patrzę w górę. Tam gdzieś wysoko świeci jego gwiazdka. On wciąż tu jest. Czuję jego obecność.
Posuwanie się naprzód oznacza przetrwanie.
KONIEC
KONIEC
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz